Będąc tworem epoki – „ejtisową” opowieścią young adult na styku kina obyczajowego i sportowego – „Vision Quest” wymyka się zakusom obu narracji, oferując panteon nieoczywistych postaci, nutę pragmatyzmu i spełnienie tylko w jednym z dwóch równoległych wątków.

Film Harolda Beckera, powstały w oparciu o powieść typu coming-of-age Terry’ego Davisa z 1979, wyraźnie wpisuje się w koniunkturę młodzieżowego kina lat 80., którego dwoma biegunami były rodząca się wówczas tradycja przyjacielskiej komedii romantycznej Johna Hughesa („Sixteen Candles”, 1984) i motywacyjne widowiska sportowe Johna G. Avildsena („The Karate Kid”, 1984). Soundtrack tętni deklamacyjnym kiczem dekady, kamera kocha się w tężyźnie fizycznej, ulice są zawsze mokre, a w klubie można się natknąć na Madonnę – wtedy początkującą gwiazdkę.

Ale to nie opowieść o sporcie, czy miłości. Beckera interesuje przede wszystkim inicjacyjny potencjał obu konwencji, zaś czerpiąc bezpośrednio z pierwowzoru Davisa, ma odwagę podważyć kilka rządzących nimi zasad. Wejście w dorosłość będzie miało swoją cenę, a tytuł – nawiązanie do indiańskiego rytuału przejścia – jest tego stosowną zapowiedzią: bohater przebędzie tę drogę poprzez, tak dosłownie, jak i czysto symbolicznie, własną krew, pot i nasienie. Jest nim Louden (Matthew Modine), siedemnastolatek ze Spokane, wychowywany samotnie przez ojca. Będąc członkiem licealnej drużyny zapaśniczej, Louden szuka życiowego wyzwania: postanawia zejść w dół o dwie kategorie wagowe, by zmierzyć się z możliwie najlepszym przeciwnikiem – trzykrotnym mistrzem stanowym Shute’em (Frank Jasper). Wątek rywalizacji sportowej pozostaje kręgosłupem historii, a doskwierające Loudenowi krwotoki z nosa, będące efektem szybkiej utraty wagi, stają się wymownym lejtmotywem. To swego rodzaju „pierwsza krew”, najniższy szczebel w inicjacyjnej drabince.

Modine, choć starszy od swojej postaci o prawie osiem lat (!), nadaje Loudenowi autentycznej młodzieńczej naiwności, wigoru i wrażliwości. Jest skupiony na sobie, czasem arogancki, ale potrafi być czuły i otwarty. Tłumaczy go potrzeba bliskości – odejście matki do innego mężczyzny poczyniło w jego życiu wyrwę, której nie są w stanie zapełnić mu ani ojciec, ani sport. Obok szeregowego „Jokera” w „Full Metal Jacket” (1987), to najlepsza rola Modine’a w tej dekadzie.

Prawdziwą wartością filmu Beckera są jednak postaci drugoplanowe, zwykle traktowane przez scenarzystów instrumentalnie. Przyjaciel Loudena, sepleniący osiłek Kuch (Michael Schoeffling), wyrasta ponad spodziewaną powierzchowność – ma indiańskie korzenie, opresyjnego ojca i obawy związane z przyszłością. Tata Loudena (Ronny Cox) zmaga się z życiową porażką – odejściem żony i utratą majątku – a jednocześnie stara się być autorytetem dla dorastającego syna. Ten kocha go, ale ojcowskiej figury podświadomie szuka także w innych mężczyznach. Kandydatów jest trzech: trener (Charles Hallahan), twardziel podważający decyzję Loudena o zrzuceniu wagi; czarnoskóry nauczyciel (Harold Sylvester), który zawsze znajduje czas, by go wysłuchać; i kucharz-alkoholik (J.C. Quinn), służący mu radą i niechcący, by ten powtórzył jego błędy. Niezależnie od siebie troszczą się o stan fizyczny, psychiczny i duchowy chłopaka, dając mu oparcie, jakiego – pomimo najszczerszych chęci – nie znajduje w ojcu.

Działanie męskiego kolektywu zaburza Carla (Linda Fiorentino). Starsza od Loudena („Dwadzieścia jeden [lat]; odkąd skończyłam czternaście” – odpowiada, pytana o wiek) „przybłęda”, która zatrzymała się w Spokane w drodze do San Francisco, jest bohaterką nietypową. Wyzwolona i enigmatyczna, pełni rolę obiektu westchnień nabuzowanego Loudena, ale nie ulega łatwo jego wdziękowi. Poznajemy ją, gdy ojciec chłopaka broni jej przed nieuczciwym dealerem samochodowym. Wokół szybko zbiera się tłum. „Napatrzyliście się?!” – rzuca śmiało Carla, stojąc w cienkim podkoszulku przylegającym do nagiego ciała. Jest samowystarczalna i bezkompromisowa, a propozycję noclegu od Loudena i jego ojca przyjmuje pod wpływem chwili, dostrzegając ich przyzwoitość. I choć między nią a chłopakiem zawiązuje się relacja romantyczna, to Carla wie, że jest tylko młodzieńczą miłostką, zmaterializowaną fantazją – „starszą kobietą” (sic!), mogącą wprowadzić Loudena w dorosłość. Schlebia jej to, więc przyjmuje jego awanse. Nie robi tego z wyrachowania czy litości, ujęta wrażliwością, jaką z czasem w nim znajduje, ale nie obiecuje mu emocjonalnego zaangażowania.

Carla pełni jeszcze jedną ważną rolę w inicjacji Loudena. Jako kobieta pewna swej seksualności podtrzymuje heteronormatywność otaczającego go świata. Nie zostaje to powiedziane wprost, ale seksualność chłopaka jest niedookreślona: jako prawiczek („Czy to sprawia, że jestem homo?” – pyta Carlę), obracający się w męskim środowisku, trenujący najbardziej kontaktowy ze sportów (filmowane na zbliżeniach zapasy wyglądają jak miłosne uściski), Louden jest wystawiany na ciągłą próbę. W jednej z pierwszych scen, gdy dorabiając jako obsługa hotelowa zanosi zamówienie jednemu z gości – gejowi trenującemu tai chi – ten dość ordynarnie go podrywa, usiłując złapać za krocze. Chłopak ucieka, co samo w sobie ma stanowić pewną deklarację, ale robi to, bojąc się agresora, czy własnej niepożądanej reakcji? O Carli mówi tak: „Ma wszystko, co lubię w kobietach”, po czym dodaje: „I wszystko, co lubię w facetach”. To śmiała, niepopularna deklaracja, ale łatwo to zrozumieć: Carla, tajemnicza, dominująca, jasno określona, dobrze czująca się w męskich koszulach i wyciągniętych swetrach, przełamuje archetyp, będąc jednocześnie „laską” i „kumplem”.

Debiutująca w tej roli Fiorentino, wówczas 25-letnia, jest równie intrygująca: pojawiła się znikąd, wyspecjalizowała w rolach kobiet fatalnych („The Last Seduction”, 1994; „Jade”, 1995), symbolicznie kastrujących adorujących ją mężczyzn, stroniła od mediów, a po 2009 słuch po niej zaginął. Carla, rola dla niej definiująca, dała podwaliny pod późniejsze emploi Fiorentino, a o faktyczną funkcję tej postaci w historii Loudena można się spierać. Czy ma przesądzać o jego heteroseksualizmie, czy go podważyć? Ostatnie słowa bohatera, wygłoszone z offu, gdy tkwi w uścisku kolegów z zespołu, mogą sugerować (ale nie muszą), że doświadczenie zdobyte z Carlą jest dla niego cenne, ale nie wiążące. „Kuch miał rację: to był rytuał przejścia” – mówi – „Ale mnie zawsze wystarczała myśl, że rodzimy się po to, by żyć. I umrzeć. (…) Każdy po swojemu”.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *