„Nie mam przyjaciół, mam rodzinę” – mówi Dominic Toretto w „Furious Seven”, uwypuklając lejtmotyw serii. Ale jeśli zatrzymać się na chwilę pośrodku „The Fate of the Furious”, okaże się, że jej model podszyty jest głęboką patologią.

W „The Fate…”, ósmej części cyklu, nie brakuje spektakularności: już na samym początku Dom (Vin Diesel), biorąc udział w ulicznym wyścigu, przekracza linię mety jadąc tyłem, bez sprawnych hamulców, drzwi, maski i z płonącym silnikiem. W ostatniej chwili wyskakuje z rozpędzonego auta, które uderza w nabrzeże i wzbija się wysoko w powietrze. Przesada jest znakiem rozpoznawczym serii. Nieważne z jak dużym nieprawdopodobieństwem mamy do czynienia, bo usprawiedliwia je stawka – rodzina. Lojalność jest wszystkim, co bohaterowie mają, a w jej imię skłonni są do największych poświęceń. Widać to nawet we wspomnianej scenie – Toretto ściga się z lokalnym watażką nie dla przyjemności, ale dlatego, że ten grozi jego kuzynowi. Paradoksalnie, to ostatni raz, kiedy film F. Gary’ego Graya dorasta do ustalonego w poprzednich częściach motywu.

Justin Lin, reżyser części 3-6, odchodząc po ostatniej, powiedział: „czuję, że nie mam kolejnej historii do opowiedzenia”. I faktycznie, dotąd w serii wydarzyło się już wszystko: bohaterowie umierali, wracali do życia, doznawali amnezji i przechodzili na stronę wroga. Rumieńców nie brakowało też samej akcji: w części szóstej Dominic wyskakuje z rozpędzonego auta, Letty (Michelle Rodriguez) – z rozpędzonego… czołgu, Dom łapie ją w powietrzu, przelatują razem kilkanaście metrów, lądując bezpiecznie na masce przypadkowego samochodu, a wszystko to na estakadzie zawieszonej wysoko nad ziemią. Co istotne, Dominic działa wtedy w imię sprawy – ratując z opresji kobietę swojego życia (którą długo uznawał za zmarłą), daje scenie emocjonalny balast. Następca Lina, James Wan, wiedział, co jest paliwem serii. Gdy ją przejmował, zmęczenie materiału było już wyczuwalne, a nie będąc w stanie przebić wydarzeń z poprzednich odsłon, zrobił użytek ze śmierci Paula Walkera„Furious Seven” jest jego czułym pożegnaniem, a przez to pretekstem do eksploatacji dotychczasowego lejtmotywu. Przemowom o „braterstwie”, „lojalności” i „powinności” nie ma tam końca.

Gray stanął przed zadaniem trudniejszym – rozpoczęcia nowego rozdziału w zamkniętej historii. Za fabułę „The Fate…” odpowiada wprawdzie dotychczasowy scenarzysta, ale i on nie ma pomysłu na naturalne przedłużenie dotychczasowych wątków. Reżyser wymusza więc swoisty reset: gdy tylko zawiązuje się akcja, spektakl, z wieloma charakterystycznymi dla Graya rozwiązaniami (matrycą jest tu jego „The Italian Job”, 2003), odbywa się kosztem integralności serii. Dominic, dotąd pozujący na oazowego guru, nagle okazuje się obłudnym egoistą – szantażowany przez niejaką Cipher (Charlize Theron), woli odwrócić się od „rodziny”, niż podzielić się z nią swoim problemem. Nie mówi nawet Letty, z którą jest wówczas w podróży poślubnej i planuje dziecko. Toretto zdradza więc przyjaciół: podczas skoku w Berlinie wypycha Hobbsa (Dwayne Johnson) z drogi, kradnie łup i ucieka. Auto Hobbsa wielokrotnie koziołkuje, kosząc słup i płot, on sam zostaje aresztowany. To pierwszy z wielu razów, kiedy Dom bezmyślnie zaryzykuje życiem swoich bliskich.

Długo nie dowiadujemy się, co Cipher ma na Toretto, ale gdy okoliczności wychodzą na jaw – stawką jest życie Eleny (Elsa Pataky) i ich syna – bynajmniej nie stawia go to w lepszym świetle. W skrócie: Dominic rzuca wszystko, by ratować dawną kochankę, z którą połączył go spontaniczny romans (a którą zostawił natychmiast, gdy okazało się, że Letty żyje), i dziecko, o którego istnieniu aż do teraz nie miał pojęcia. Scenopisarska niefrasobliwość sprawia, że relacje Dominica z obiema kobietami stają się głęboko patologiczne: Elena, której wątek romansowy z Domem zakończył się dwa odcinki temu, przez cały ten czas nie znalazła sposobności, by poinformować go, że nosiła/urodziła jego dziecko (sic!), on zaś, nie wtajemniczając Letty w swoje zamiary, okazuje jej – kobiecie, którą zna od zawsze – skrajny brak zaufania. Jego zachowanie jest protekcjonalne i pogardliwe, a w kolejnych scenach wydaje się wręcz, że rani ją intencjonalnie: pozwala całować się Cipher na jej oczach, nie odwzajemnia wyznania w alejce, a mając sposobność, nie zdradza swoich prawdziwych intencji.

Pośród osób, których Dom nie powiadamia o sytuacji są także – nieobecni w tej części z oczywistych powodów – jego najlepszy przyjaciel Brian (Paul Walker) i siostra Mia (Jordana Brewster). Pokazuje to, że decyzja o nieuśmierceniu postaci Walkera była błędem, teraz mszczącym się rozmaitymi niespójnościami. No bo dlaczego o zdradzie Toretto nie informuje Briana i Mii także nikt z „rodziny”? „Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy ich mieszać” – zbywają temat. W zamian nawiązują kuriozalny sojusz z Deckardem Shawem (Jason Statham) – mordercą (w „Furious Seven” z jego ręki ginie ponad 30 osób, głównie policjantów), odpowiedzialnym za śmierć Hana (Sung Kang). O jego winach szybko się tu zapomina: Hobbsowi wystarczą dosłownie trzy sceny, by zapałać do dawnego przeciwnika żarliwą sympatią. Ich relacja rozwija się dynamicznie: w połowie filmu Hobbs, dowiadując się o śmierci (a raczej „śmierci”) Deckarda, jest bardziej poruszony niż po zdradzie Toretto – uderza pięścią w ścianę, pokazując, że stracił „swojaka”.

Przyspieszona rehabilitacja Deckarda (jej powód jest bezduszny: Universal chce nakręcić spin-off z nim i Hobbsem) odbywa się poprzez sojusz z „rodziną” i rozwiniętą relację z Hobbsem, ale także w bezpośredniej konfrontacji z Toretto. To właśnie Shawowi, ze wszystkich możliwych osób!, Dom postanawia zaufać, gdy chce zwrócić się przeciwko Cipher. Nawiązuje kontakt z jego matką (Helen Mirren) i pozoruje jego śmierć, by ten, wraz z bratem Owenem (Luke Evans), przeciwnikiem z „Furious Six”, uratował z rąk Cipher jego syna. Tu warto się na chwilę zatrzymać i skondensować dotychczasowe zdarzenia, by ich bezsens wybrzmiał w pełni: szantażowany Toretto, nie wtajemniczając w to żony, „rodziny”, najbliższego przyjaciela i siostry, zleca człowiekowi, który zabił ich przyjaciela, oraz jego bratu – niedoszłemu zabójcy jego żony, uratowanie swego dziecka, bezwiednie spłodzonego z kobietą, w której się zakochał, gdy myślał, że jego żona zginęła.

Wybaczanie przychodzi w „The Fate…” łatwo, z czego w odpowiednim momencie korzysta także Toretto. Wystarczy, że w finale zmienia front, ratując swoich bliskich, by ci, nadal nie wiedząc o szantażu, nie pytali o wyjaśnienia. „To teraz jest z nami?”; „Nieważne, właśnie nas uratował!” – komentują. Letty uśmiecha się z ulgą, skacząc Dominicowi w ramiona, choć wcześniej, gdy w bezpośredniej konfrontacji nie okazał jej żadnych emocji, była zdruzgotana. Kumulacja patologii następuje w finale. Bohaterowie zbierają się na kolacji. Są wszyscy. Dominic z Letty. Deckard, który „doręcza” im dziecko. Hobbs i jego córka. Są nawet osoby spoza „rodziny” – szef tajnej komórki wywiadowczej Mr. Nobody (Kurt Russell) z zastępcą (!). Dominic odmawia modlitwę przed posiłkiem. Uratowany przez Shawów chłopiec dostaje imię po… Brianie. I tylko Briana, z żoną i dzieckiem, brakuje. Bo „nie będziemy go w to mieszać”. Ale może to i lepiej, że tego nie widzi: w jego „rodzinie” zdrajcy bratają się z mordercami, sekretami nikt się nie dzieli,  a nad całością pieczę dyskretnie sprawuje rząd.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *