Za sprawą Jasona Aarona – zatwardziałego, pozbawionego złudzeń Południowca, autora m.in. „Scalped”, „Men of Wrath” i „Southern Bastards” – do uporządkowanego świata Marvela wkrada się nuta nihilizmu.

W „Thanos powstaje” w genezę jednego z najpotężniejszych Marvelowskich superłotrów Aaron wplata ulubione motywy – fatalizmu, konieczności, wiary. Początkowo wydaje się, że tak bezpardonowe odsłonięcie przeszłości bohatera (bo przecież losy Thanosa śledzimy tu od jego poczęcia), jak to często bywa, nie skończy się niczym dobrym. Ale Aaron ma na to pomysł. W miejsce banalnej opowieści o utracie niewinności i narodzinach zła proponuje kronikę dochodzenia do samoakceptacji; przypowieść o źle, którego podłożem nie jest racjonalne zdarzenie, a złośliwa, pozostająca poza zasięgiem predestynacja.

Łotrowie Marvela przyzwyczaili do określonych ambicji i uzasadnionej motywacji. Zazwyczaj są czyimś przeciwieństwem, chcą władać dla samego władania, a ich skrzywienie wynika z chciwości lub zemsty. Aaron, będąc scenarzystą o ciągotach egzystencjalnych, decyduje, że naturę Thanosa zapisano w gwiazdach. Na podobne rozwiązanie – odrzucenie warunków wychowawczych i zdobywanego doświadczenia jako czynników kształtujących jednostkę – zdecydowała się wcześniej reżyserka Lynne Ramsay w „Musimy porozmawiać o Kevinie” z 2011. Z tą różnicą, że Kevin był rodzajem bezrozumnej ex machiny. Film Ramsay nie opowiadał o nim, a o spustoszeniu, jakie ten poczynił w życiu matki, rozdartej między bezwarunkową miłością i pełną bezsilności nienawiścią. Tymczasem Thanos jest centralną postacią historii. W przeciwieństwie do Kevina zadaje pytania o własną naturę, a nieusatysfakcjonowany odpowiedziami, szuka innych.


Pierwsze jego fascynacje – śmiercią, cierpieniem, rozpadem – przychodzą wcześnie, jeszcze gdy jest nastolatkiem. Nie wydają się być czymkolwiek, poza ciekawością, uzasadnione. Dopiero gdy w połowie opowieści widzimy Thanosa jako krwawego tyrana, brutalnie podbijającego kolejne planety, uwypukla się jego motywacja. „Idź do niej. Powiedz jej, co zrobiłem z twoją rodziną, z twoim światem. Idź i spytaj ją, czy wystarczy” – mówi do jednego z pokonanych przeciwników. „Nic. Nic nie powiedziała” – ten słyszy od niego chwilę później. „To znaczy, że wciąż nie wystarczy” – obwieszcza Thanos, zabijając nieszczęśnika. Próba przerzucenia odpowiedzialności na towarzyszkę, której imienia nigdy nie poznajemy; jedyną kobietę, która go rozumie, ale też jedyną, która go nieustannie odrzuca; jest przejawem desperacji Thanosa, ciągle podejmowaną próbą zracjonalizowania tego, kim (i dlaczego) jest.

W przeciwieństwie do poprzednich swoich scenariuszy, gdzie niemal zawsze pojawiał się motyw ojcowskich win, tym razem Aaron nie szuka tu korzeni zła swojego bohatera. I choć z jednej ze scen przebija typowy dla niego żal o zaniedbanie, dla Thanosa jest to po prostu kolejna wymówka. Aaron widzi go jako część przyjętego porządku – odgórną, niemożliwą do przeformowania siłę, będącą przeciwwagą dla wszystkiego, co dobre. Nadanie tej sile cech ludzkich – świadomości, dociekliwości i potrzeby celu – doprowadza do ciekawego zderzenia: motywem działania Thanosa nie jest bowiem pokrętne pragnienie akceptacji czy miłości, czyli cel, który byłby (przynajmniej z jego perspektywy) uzasadniony; okazuje się nim zwykła, irracjonalna próżność, każąca mu zaspokoić pragnienia tej, której jako jedynej w całym wszechświecie nie może mieć. Z czasem nieosiągalna powiernica stanie się dla niego wygodna – jej nienasycenie będzie jego obsesją i urojonym pretekstem, pozwalającym mu zostać bogiem śmierci.

W końcu przyjdzie i objawienie: Thanos nie jest zły, jest ZŁEM. Moment, kiedy bohater sobie to uświadomi, odrzucając ułudę wpisaną w poszukiwanie celu, powodu, a zarazem w pełni akceptując własną naturę, będzie – w zgrabnej, kończącej tę opowieść scenie – momentem, gdy nie będzie już potrzebował swojej towarzyszki; momentem, kiedy stanie się tym, kim zawsze miał być.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *