Teraz czytasz
Tanie podniety: The Earth Dies Screaming

Tanie podniety: The Earth Dies Screaming

Krzykliwy tytuł, ultraniski budżet, 60 minut metrażu. Do tego nieliczna obsada, wyludnione lokacje, tylko dwa kompletne stroje1 kosmicznych najeźdźców i garść stockowych ujęć. „The Earth Dies Screaming”, niskogatunkowiec sci-fi żerujący na bieżących lękach (przed nieznanym, technologią, atakiem z zewnątrz), zrealizowany przez Terence’a Fishera w czasie wolnym od Hammerowskich horrorów, przepadł w odmętach historii. Ale jego składowe sugerują, że mógł być inspiracją dla George’a A. Romero przy „Night of the Living Dead”.

„The Earth…” ma efektowne i złowieszcze otwarcie, któremu żadna z późniejszych scen nie dorówna. Pociąg wypada z szyn, samochód z impetem wjeżdża w mur, samolot rozbija się w głębi lasu. Jeśli brzmi to znajomo lub, przede wszystkim, zbyt kosztownie, to dlatego, że Fisher skorzystał z ujęć (a w zasadzie ich alternatywnych, nieużytych wersji) z innego, bardziej znanego gatunkowca z Wysp – „Village of the Damned” Wolfa Rilli. Tam posłużyły do ukazania mocy tytułowych „przeklętych”, tu są częścią pejzażu zagłady: ludzie umierają, niezależnie od tego, co w danej chwili robią. To półtorej minuty dobrze wygranej grozy: świat kona, w tle narasta nerwowa uwertura, aż w końcu kamera w dramatycznym ruchu nakierowuje się na niebo.

Poznajemy ocalałych. Na pierwszy plan wysuwa się niejaki Nolan – amerykański wojskowy, grany przez ściągniętego z tej okazji z Hollywood Willarda Parkera. Nolan jest protagonistą typowym dla swojej epoki: dzielnym, racjonalnym i nieskazitelnym. Nudnym. Na jego tle ciekawiej prezentują się postaci w ten czy inny sposób niedoskonałe: irytująca Violet (Vanda Godsell), która sama naprasza się śmierci i… nikt nie próbuje jej ratować; jej zapijaczony mąż Edgar (Thorley Walters), który zbyt późno zdaje sobie sprawę, co stracił; egoista Quinn (Dennis Price), mający własne plany względem bezwolnej Peggy (Virginia Field); w końcu Mel (David Spenser) – młodziak na dorobku, który w całym tym zamieszaniu rabuje pieniądze z banku. „Kiedy ich potrzebowałem, nie mogłem ich zdobyć. Teraz nie ma z nich pożytku” – mówi ciężarnej żonie.

Bohaterowie barykadują się w okazałej willi, a chwilę później osiadają w pobliskiej placówce wojskowej. Spędzamy tak większą część seansu, obserwując jak mierzą się ze strachem, uprzedzeniami i swym fatalnym położeniem. Rodzą się pierwsze konflikty. Tymczasem gdzieś na zewnątrz maszerują mordercze roboty, które posiadły możliwość ożywiania zmarłych. O skojarzenia z powstałym cztery lata później „Night of the Living Dead” nie trudno. Czy Romero mógł widzieć tę brytyjską ramotkę na którymś z groszowych seansów w Nowym Jorku? Nie ma na to dowodów, ale podobieństwa – od pomysłu wyjściowego, przez atmosferę, po umocowanie grozy w lękach epoki – są znaczące.

Fisher, jeden z ważniejszych powojennych twórców brytyjskiego kina gatunkowego, był, podobnie jak Romero, żywo zainteresowany ludzką naturą. Kręcąc horrory dla wytwórni Hammer na ogół angażował się w fabuły, które pozwalały mu ją eksplorować – „The Man Who Could Cheat Death”, „The Phantom of the Opera”, kolejne wersje historii Frankensteina. Tu, realizując projekt dalece mniej prestiżowy, by nie powiedzieć: chałturę, nie rezygnuje z ulubionego motywu: człowiek w centrum, groza w roli dekoracji. Znamienna jest scena z początku filmu, gdy kroczący pośród ludzkich ciał Nolan zauważa martwego ptaka. Podnosi go i z czułością odkłada na pobliski słupek.

Takich akcentów jest tu jeszcze kilka. Upijający się na smutno Edgar. Gorzka przemowa Mela. Dojrzewająca do własnej samodzielności Peggy. Quinn ratujący z ognia pieniądze. Wyciągając te niuanse z banalnej fabułki, Fisher sumiennie akcentuje różnice w pochodzeniu i priorytetach swoich bohaterów, a występujące między nimi tarcia (podział ról jest tu typowy: racjonalista, sceptyk, ofiara, i tak dalej), choć niewyszukane, składają się na przekonujący konflikt postaw: pasywnej i asertywnej. Romero, z założenia niewierzący w funkcyjność grupy, poprowadzi tę historię ku zagładzie. Tymczasem Fisher jest optymistą: u niego rozłam jest rodzajem testu scalającego grupę, nadającego jej wspólny cel i tożsamość.

Film kończy się nagle, pospiesznie. Mało wiarygodnie. Zagrożenie zostaje zażegnane, a wróg pokonany. Ale może to dopiero początek? Przez napisy końcowe przebija kolejna z nerwowych, złowróżbnych uwertur, napisanych przez awangardzistkę Elisabeth Lutyens. To odruch typowy dla epoki: ludzkość przetrwała, niepokój pozostał.

„The Earth Dies Screaming”, 1964. Reż. Terence Fisher. UK, 62′

1 – komentarz audio historyka filmowego Richarda Harlanda Smitha do wydania Blu-ray (Signal One Entertainment, 2018)

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.