W wycofanym, rozegranym w mroźnej, wyludnionej scenerii kryminale Taylora Sheridana śmierć otwiera dawne rany, stając się pretekstem do medytacji nad żalem i tęsknotą.

Sheridan pojawił się znikąd i szybko zagarnął dla siebie niszę rustykalnego noiru (lub, opcjonalnie, post-westernu). Otwarte przestrzenie, samotni desperaci, wątki etniczne, melancholia, przeprawa obrzeżami zapomnianej przez Boga Ameryki – to znaki rozpoznawcze jego ciężkich, smolistych fabuł. Tu po raz pierwszy sam przenosi jedną z nich na ekran. Ale docenianie „Wind River” pod kątem reżyserii potrafi być trudne: wcześniejsze jego scenariusze, do „Sicario” i „Hell or High Water”, miały (nie)szczęście znaleźć się w rękach wizjonerów, z którymi Sheridan – sprawny rzemieślniczo, ale dopiero nabierający charakteru, nie zawsze tak biegły w obrazie, jak w słowie – na razie nie może się mierzyć.

W punkcie wyjścia – zwłoki znalezione w indiańskim rezerwacie*, agentka FBI (Elizabeth Olsen) i lokalsi na tropie – „Wind River” może kojarzyć się z „Thunderheart” (1992) Michaela Apteda, gdzie Val Kilmer i Sam Shepard, szukając mordercy indiańskiego aktywisty, uwrażliwiali się na problemy lokalnej ludności. Podobieństwa szybko się rozjeżdżają, ale to ta sama opowieść o potomkach rdzennych Amerykanów podglądanych przez systemową dziurę: ponownie są mniejszością bezsilną, wyniszczoną, podatną na eksploatację i patologizację. Akcja zostaje umiejscowiona gdzieś pośród śnieżnych rubieży, z dala od cywilizacji. Tu jesteś łowcą lub zwierzyną – ta wyeksploatowana analogia (bohater Jeremy’ego Rennera jest myśliwym, a ważnym wątkiem, głównie w warstwie znaczeniowej, okazuje się ten z prześladującą pobliskie gospodarstwa pumą) unika taniości, bo jej rozwinięcie okazuje się mniej oczywiste. Dochodzi do tego jeszcze żałoba: sercem tego mroźnego kryminału do samego końca pozostaje wątek udręczonych ojców, którzy nigdy nie pogodzą się stratą swoich córek.

Właśnie w podskórnym niepokoju, skupieniu na charakterystyce postaci, ich pęknięciu, objawia się siła Sheridana. Chce słuchać swoich bohaterów i potrafi o nich opowiadać. Szukając zaś środka wyrazu dla trudnych, krańcowych emocji, raz wtóry ucieka w otchłań przyrody – biel ciągnącą się po horyzont, zimowe słońce leniwie przetaczające się po górskich szczytach. I znów, nie jest to zabieg szczególnie oryginalny. Ale, obarczony głęboko melancholijnymi, upiornymi wokalizami Nicka Cave’a i smyczkami Warrena Ellisa, staje się doznaniem niemal mistycznym. „Z dala od twych kochających oczu / Gdzie zima nigdy nie nadchodzi / Z dala od twych kochających oczu / Biegnę pośród wiatru” – szepcze Cave, który sam niedawno stracił syna.

* – tytułowe Wind River jest nazwą siódmego co do wielkości rezerwatu Indian w Stanach Zjednoczonych, usytuowanego w centralnym Wyoming; zdjęcia do filmu kręcono na jego terenie

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *