Now Reading
Slaughter (1972)

Slaughter (1972)

Niejaki Slaughter (ang. Rzeź) dorasta do swojego nazwiska. Gdy za drzwiami słyszy szmer, wpakowuje w nie cały magazynek i dopiero wtedy pyta „kto tam?”. Innym razem, będąc w tłumie, woła po nazwisku podejrzanego, którego nigdy dotąd nie widział. Pierwszy, kto odwraca ku niemu głowę, dostaje kulkę. Slaughter ma temperament na miarę epoki i gatunku, a jako bohater eksplojta jest, oczywiście, byłym Zielonym Beretem, który musi pomścić rodzinę i… to wszystko, co o nim wiemy. Nie znamy nawet jego imienia.

Dla Jima Browna „Slaughter” był tym, czym dla Richarda Roundtree „Shaft”, a dla Freda Williamsona „Black Caesar” — filmem cementującym gwiazdorski status i reputację czarnego maczo. Z nich trzech Brown potrzebował tego najbardziej. Choć miał za sobą spełnioną karierę sportową, a za sprawą przebojowych „The Dirty Dozen” czy „Ice Station Zebra” stał się pierwszą czarnoskórą gwiazdą kina akcji, to u progu nowej epoki jego popularność przygasła. Inni zajęli jego miejsce; więcej — okazali się niezastąpieni. Roundtree był typem eleganta i jako taki utożsamiał akces klasowy. Williamson, zwierzęcy i prostolinijny, reprezentował ulicę. Brown musiał odnaleźć się pośrodku: został facetem z „dołów”, który nosił się, jakby zawsze był na „górze”.

Jego Slaughter jest impulsywny i bezczelny. Nie prosi. Nie przeprasza. Nie szuka kompromisów i drugich szans. W ogóle niewiele mówi, z miejsca zyskując respekt i autorytet. Jak śpiewa Billy Preston w kocim numerze przewodnim: „Slaughter is big, bad, black and bold / The brother has a whole lot of soul”. I tak, ścigając mordercę rodziców (w tej roli niezawodny Hollywoodzki łotr Rip Torn, tu osuwający się w pyszną obskurę), z łatwością upokarza go, odbijając mu białą kobietę. Nie musi wiele robić, wystarczy by na nią spojrzał. Fakt, iż gra ją Stella Stevens, aktorka o wylewnej zmysłowości, jedna z tych, które trzeba zdobywać, tylko go umacnia.

„Slaughter”, sfilmowany i osadzony, dość nietypowo jak na swój gatunek, w Meksyku, to spełniony sen o czarnym swagu. Bohater Browna ma go w sobie tyle, że nie potrzeba tu folkloru Harlemu, fikuśnego stylu epoki, ani nawet szczególnie mocno nakreślonego klinczu ras. Przeciwnie: jako film nakręcony przez białych Teksańczyków, „Slaughter” z łatwością wylewa się poza swój habitat, będąc jednym z bardziej uniwersalnych blaksplojtów, filmem niemal Bronsonowskim.

„Slaughter”, 1972. Reż. Jack Starrett. USA, 92′

View Comments (0)

Leave a Reply

Your email address will not be published.

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.