Teraz czytasz
Slaughter

Slaughter

Slaughter (ang. rzeź) dorasta do swojego nazwiska. Gdy za drzwiami słyszy szmer, wpakowuje w nie cały magazynek i dopiero wtedy pyta „kto tam?”. Innym razem woła po nazwisku podejrzanego, którego nigdy dotąd nie widział. Pierwszy, kto odwraca ku niemu głowę, dostaje kulkę. Slaughter ma temperament na miarę epoki i gatunku. Jako bohater eksplojta jest, oczywiście, „byłym Zielonym Beretem”, który musi pomścić rodzinę i… to wszystko, co o nim wiemy. Nie znamy nawet jego imienia.

Dla Jima Browna „Slaughter” był tym, czym dla Richarda Roundtree „Shaft”, a dla Freda Williamsona „Black Caesar”: filmem cementującym gwiazdorski status i reputację czarnego maczo. Z nich trzech Brown potrzebował tego najbardziej. Wprawdzie miał za sobą spełnioną karierę sportową, a za sprawą „The Dirty Dozen” czy „Ice Station Zebra” stał się pierwszą czarną gwiazdą kina akcji, ale u progu nowej epoki jego popularność przygasła. Inni zajęli jego miejsce. W dobrym stylu. Roundtree był typem eleganta i jako taki utożsamiał akces klasowy. Williamson, zwierzęcy i prostolinijny, reprezentował ulicę. Brown odnalazł się pośrodku: jako facet z dołu, który nosił się, jakby zawsze był na górze.

Jego Slaughter jest impulsywny i bezczelny. Nie prosi. Nie przeprasza. Nie szuka kompromisów i drugich szans. W ogóle niewiele mówi, z miejsca zyskując respekt i autorytet. Jak śpiewa Billy Preston w kocim motywie przewodnim: „Slaughter is big, bad, black and bold / The brother has a whole lot of soul”. I tak, ścigając mordercę rodziców (w tej roli niezawodny Rip Torn, tu osuwający się w pyszną obskurę), z łatwością upokarza go, odbijając mu białą kobietę. Nie musi wiele robić, wystarczy by na nią spojrzał. Fakt, iż gra ją Stella Stevens, aktorka o wylewnej zmysłowości, jedna z tych, które zwykle trzeba zdobywać, tylko go umacnia.

„Slaughter”, sfilmowany i osadzony, dość nietypowo jak na swój gatunek, w Meksyku, to spełniony sen o czarnym swagu. Nie potrzeba mu folkloru Harlemu, fikuśnego stylu epoki, ani nawet szczególnie mocno nakreślonego klinczu ras. Jako film nakręcony przez białych Teksańczyków, z łatwością wylewa się poza swój habitat, będąc – przy zachowaniu czarnej duszy bohatera – jednym z bardziej uniwersalnych blaxploitów, filmem niemal Bronsonowskim.

„Slaughter”, 1972. Reż. Jack Starrett. USA, 92′

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top