Teraz czytasz
Rutger Hauer (1944-2019)

Dwie postaci, z których jest najbardziej znany – udręczonego androida w „Blade Runnerze” i fantomowego zabójcy z „Hitchera” – mówią o nim wszystko: Hauer był spoza tego świata. Miał w sobie coś poetyckiego i ostatecznego, co nie pozwalało łatwo go zaszufladkować. Jeśli grywał złych gości, to nie byli po prostu źli, jeśli dobrych – nie byli po prostu dobrzy. W najlepszych rolach – m.in. w „Ladyhawke”, „Flesh+Blood”, „Legend of the Holy Drinker” – zawsze było coś więcej, coś, co nie dawało się nazwać, określić.

Ale czy mogło być inaczej, jeśli zaczynał u Verhoevena? On poznał się na nim pierwszy, a filmy, w których go obsadzał – m.in. w „Turkish Delight”, „Keetje Tippel” i, przede wszystkim, „Soldier of Orange” – robiły użytek z Hauerowskiej aury młodego boga i buntownika, dając podwaliny pod personę antybohatera, z której będzie później znany. Hollywood, jak to zwykle bywa, odmawiało mu stricte dramatycznych ról, widząc go raczej w gatunkowej niszy. Hauer zrobił z nią, co mógł. Szczególnie okres od 1984 do 1991 był pod tym względem udany. Filmy, w których wtedy zagrał – zwłaszcza „A Breed Apart”, „Wanted: Dead or Alive”, „Blind Fury”, „The Blood of Heroes”, „Wedlock”, „Split Second” – to klasyka schyłkowej ery VHS-ów, mocna gatunkówa, której jego obecność z miejsca nadawała charakteru, złowieszczości.

Później przepadł w odmętach kina groszowego, ale trudno było o nim zapomnieć: zawsze cieszyło, gdy jakiś Clooney, Nolan czy Rodriguez przypominali sobie o nim i dawali małą rólkę. Ostatnią z wielkich Hauer zagrał u Lecha Majewskiego w „The Mill and the Cross”. Obsadzenie go jako Pietera Breugela, malarza-zagadki wmurowanego w swoje dzieło, wydaje się mieć osobny sens.

Na zdjęciu: Hauer w „Turkish Delight”, 1973

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top