„Uważajcie za kierownicą. Życie, które w ten sposób uratujecie, może należeć do mnie” – mówi James Dean w spocie edukacyjnym z 1955. Ta zaimprowizowana przez 24-letniego aktora kwestia ma dziś wyjątkowo cierpki wydźwięk.

Zaledwie 13 dni po nakręceniu tej krótkiej scenki, 23 września 1955, Dean zginął w wypadku samochodowym. Jego przyczyną miało być przekroczenie dozwolonej prędkości. Materiału nigdy nie wyemitowano, ale i tak prezentował on wątpliwą wartość edukacyjną. Aktor nie potraktował bowiem studyjnego zlecenia poważnie i podczas nagrania jawnie to manifestował. „Brałeś kiedyś udział w wyścigu ulicznym?” – pyta go prowadzący. „Chyba żartujesz” – odpowiada Dean, oburzając się, ale figlarny uśmiech, rysujący się w kącikach jego ust mówi jasno, jak było naprawdę. Oto cały on – chodzący swoimi ścieżkami, manifestujący znudzenie rutyną łobuziak. Jego legenda miała się jednak dopiero narodzić – 27 października tego samego roku na ekrany wejdzie „Rebel Without a Cause”, film, który na zawsze uczyni go ikoną popkultury, zaś jego pokoleniu da pierwszego bohatera, z którym będzie mogło się utożsamiać.

Właśnie wtedy, na początku lat 50., wielkie studia zrozumiały, jak dużą i niezagospodarowaną grupą odbiorców są nastolatkowie. Filmy do nich adresowane można było dotąd policzyć – dosłownie – na palcach jednej ręki. Tymczasem dzięki obyczajowej i kulturowej rewolcie młodzież stała się wymagającą grupą społeczną, szukającą swoich reprezentantów także na ekranie. To dla nich powstawały filmy takie, jak „The Wild One”  z kultową rolą Marlona Brando czy „Blackboard Jungle” z Anne Francis i Sidneyem Poitierem, oba z młodocianymi bohaterami, oba cieszące się olbrzymią popularnością. Ale to „Rebel…” zmienił wszystko, trafnie oddając pokoleniowy gniew i diagnozując jego źródło. Dotąd filmy udawały, że jedynymi problemami nastolatków są złe stopnie, pierwsza randka i wzajemna rywalizacja. Nicholas Ray wiedział, że by to zmienić, musi wyrwać swoich bohaterów ze szkolnych murów i własnego towarzystwa, a następnie umieścić ich w naturalnym (i jak się miało okazać: toksycznym) środowisku – własnych domach.

To Ray jako pierwszy w amerykańskim kinie pokazał świat widziany oczami nieletnich. Młodzieńczy bunt, pierwsze seksualne fascynacje, klasowe i siłowe podziały, a w końcu dezorientacja i niedobór autorytetów ukazane są w „Rebel…” z ich perspektywy. Dorośli stanowią zaledwie uzupełnienie, są bohaterami drugoplanowymi, swego rodzaju antagonistami, niezdolnymi do pomocy, nierozumiejącymi problemów swoich dzieci. Te są zaś poważne, a mocnym wprowadzeniem w nie jest już pierwsza scena, kiedy trójka głównych bohaterów – dzieciaków z tzw. dobrych domów – niezależnie od siebie trafia na posterunek policji. Jima (Dean) zgarnięto za pijaństwo, gdy późną nocą tarzał się po chodniku. Nie wiemy, za co dokładnie trafiła na komendę Judy (Natalie Wood), ale zostaje nam podpowiedziane, że mogło to być nagabywanie do nierządu. John (Sal Mineo), nazywany przez znajomych Platonem, uśmiercił grupkę porzuconych przez matkę szczeniaków. I choć przewinienie Platona jest największe, w filmie Raya wszystko jest jednak metaforą, drugim dnem, dlatego można je czytać zarówno jako rozpaczliwy, pokrętnie rozumiany przejaw łaski, jak i wołanie o pomoc. Chłopak odebrał życie osieroconym psiakom, z którymi, będąc zaniedbywanym dzieckiem, mógł odczuwać spore powinowactwo.

Podobne ukryte motywy kierowały także Jimem i Judy; wszyscy troje chcieli zwrócić na siebie uwagę rodziców. To upadlające, ale dzielone prze nich doświadczenie okaże się na swój sposób budujące – stanie się przyczynkiem do odbycia podróży w poszukiwaniu ojcowskiego autorytetu i matczynej miłości, których nie mogli dać im rodzice. Z czasem bohaterowie odnajdą te wartości w sobie, formując coś na kształt rodziny: przez krótką chwilę będą sobie ojcem (Jim), matką (Judy) i synem (Platon). Głową tej rodziny ma być Jim, zaburzony nastolatek, który próbuje wyzwolić się spod dyktatu silnej matki. Ojciec mu w tym nie pomaga – jest słaby, zrezygnowany, uległy. W kultowej scenie na schodach, kiedy Jim staje pomiędzy zagradzającą mu drogę matką u ich szczytu, a bezsilnym, milczącym ojcem u ich dołu, mamy do czynienia z kolejną metaforą – czytelną strukturą rodziny Starków, w której dziecko pełni rolę ofiary zakleszczonej pomiędzy dwojgiem udręczonych ludzi, których małżeństwo się wypaliło. „Zawsze, gdy nie potraficie spojrzeć prawdzie w oczy, obwiniacie mnie!”, wyrzuca z siebie Jim, a gdy i to nie pomaga, wdaje się szarpaninę z ojcem-pantoflarzem, wiecznie paradującym w fartuchu, niemającym własnego zdania. „Zrób coś!” – krzyczy do niego.


W nerwowym rozedrganiu tych scen, unieśmiertelniających Deana jako symbol młodzieńczego buntu, emocjonalnej wrażliwości i romantycznej brawury, tkwi klucz do zrozumienia go jako aktora, który dawał z siebie wszystko, wyzwalając duszone pod skórą emocje, nie odpuszczając nawet na sekundę. Widzimy to już w otwierającej film scenie, gdy pijany Jim leży na chodniku, tarzając się w śmieciach, a następnie kawałkiem makulatury troskliwie okrywa małpkę-zabawkę. Dean zaimprowizował tę reakcję, jakby pamiętając, że scenariusz kończy się sceną bardzo podobną – okryciem kurtką ciała martwego przyjaciela.

Zarysowanie problematyki rodziny Starków (swoją drogą: czy nie jest to przypadkiem anagram nazwiska Trask, które Dean nosił w „East of Eden”, również traktującym o skomplikowanych relacjach rodzinnych?) jest na tyle mocne, że z powodzeniem służyć może za tło pozostałym dwóm postaciom. O problemach Judy i Platona dowiadujemy się znacznie mniej. Wiemy na pewno, że Platon jest zaniedbywany przez wiecznie nieobecnego ojca, a opiekę nad nim sprawuje czarnoskóra gosposia. Ciekawy i nieco bardziej rozbudowany jest wątek Judy. Gdy ta całuje ojca tak, jak żadna córka nie powinna swojego ojca całować, a następnie wpada w histerię, widząc jego obojętność, jest to być może sugestia, że łączy lub łączyła ich kazirodcza więź. No właśnie, domyślać. W 1955 nie można było pokazać więcej. „Rebel…” był filmem przełomowym i obrazoburczym, a pilnujący go cenzorzy mieli tego pełną świadomość, wycinając zeń niemal całą sferę seksualną.

Ale rzeźnikom z biura Haysa nie tylko nie udało się zepsuć końcowego efektu. Wręcz go wzmocnili, pozwalając, by film pozostał obudowany licznymi kontekstami rozpalającymi wyobraźnię – najdoskonalszym tego przykładem niechaj będzie kwestia orientacji seksualnej Platona, na ekranie symbolizowanej poprzez rozmaite zabiegi kosmetyczne (ot, zdjęcie Alana Ladda w jego szkolnej szafce; spojrzenia, jakimi ukradkowo obdarza Jima). Wszystkie te niedopowiedzenia, sprytne niuanse i poukrywane po zakamarkach tropy tylko potęgują atmosferę wykluczenia i braku przynależności nastoletnich bohaterów, przesądzając o gorzkiej wymowie całości.

„Lubię cię” – mówi Jimowi w jednej z kluczowych scen jego rywal Buzz. „To dlaczego to robimy?” – pyta Jim, mając na myśli niebezpieczny, popisowy wyścig, w którym zaraz wezmą udział. „Coś musimy robić” – odpowiada Buzz, a jego słowa są jednocześnie deklaracją zawieszenia broni, jak i rodzajem ostatecznej kapitulacji. Wszyscy jesteśmy tylko częścią rytuału, zdaje się wtedy mówić. To wspaniała i tragiczna scena: zaciekli wrogowie nawiązują nić porozumienia, o którym nikt nigdy się nie dowie – zaraz potem Buzz zginie, spadając z klifu. Cudowne „tu i teraz” to zresztą cichy lejtmotyw filmu Raya; chwila jako doznanie nieobarczone żadną przeszłością czy przyszłością, a jednak dziwnie zamazane, fatalistyczne. Trudno nie myśleć o tym zwłaszcza w kontekście losów aktorów: wszyscy troje zmarli tragicznie w młodym wieku (Dean – 24, wypadek; Wood – 43, utonięcie; Mineo – 37, zabójstwo), prześladowani własnymi demonami. Wydaje się, że w „Rebel…” odnaleźli na chwilę bezpieczny azyl.


Tekst ukazał się pierwotnie na łamach Onetu

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *