Teraz czytasz
Payday: 36 godzin z (reszty) życia Maury’ego Danna

Jest w filmie Daryla Duke’a taka scena: na poboczu szosy, gdzieś na Południowym zadupiu, z piskiem opon zatrzymuje się samochód. Maury Dann, trzeciej próby piosenkarz country, porzuca tam kochankę – groupie, która była częścią jego świty. Odjeżdża, ale po chwili gwałtownie zatrzymuje się i wraca. Dann wychyla się przez okno i rzuca jej pod nogi zwitek banknotów. Ponownie odjeżdża. I ponownie zatrzymuje się z piskiem opon. Wraca. Wysiada z wozu i podnosi pieniądze. „Nie zasłużyłaś” – mówi, po czym na dobre znika.

Oto cały Dann: gnojek, nieliczący się z nikim i niczym, poza sobą samym. Porzuca starą kochankę, poniża ją, z każdym wciśnięciem hamulca coraz bardziej, nie dlatego, że chce jej coś udowodnić. Po prostu już jej nie potrzebuje. A gdy Maury Dann, wschodząca gwiazda wiejskich tancbud, czegoś nie potrzebuje, po prostu się tego pozbywa, odmawiając mu racji bytu, jakichkolwiek praw.

„Payday”, choć wpisuje się w kino drogi, pozostaje na drugim biegunie przypisanej temu gatunkowi melancholii. To film cierpki i demaskacyjny. Skojarzenie z „A Face in the Crowd” Kazana nie będzie przesadą. Dann i Kazanowski Lonesome Rhodes mają wiele wspólnego: obaj zachłyśnięci sobą, zagubieni, starają się zagłuszyć nękające ich demony. Dann jest gorszy. Nie poznajemy go niewinnego, nie widzimy drogi, jaka zawiodła go do tego miejsca. W trakcie półtorej doby, jakie dostajemy z jego życia, jesteśmy świadkami kolejnych jego nikczemności.

Dann polega na swoim wyniesieniu, żeruje na tych, którzy raz okazali mu słabość. Przyjaciół, tych nielicznych, ostatnich, wykorzystuje do swoich celów. Zdradza. Tłucze, gdy przypominają mu, kim jest. Zapatrzone w niego dziewczyny zaciąga na tylne siedzenie i gdy już je wspólnie wypocą, zaraz porzuca. Policzkuje byłą żonę, gdy ta wyrzuca mu jak złym jest ojcem. Schorowanej matce daje garść tabletek i nie obchodzi go, czy zażyje wszystkie naraz.

Dann to najlepsza rola Ripa Torna, narowistego Teksańczyka, którego własne demony uczyniły tę postać tak przejmująco autentyczną. Nie ma tu tezy, nie ma dość tła, by wysnuć jakieś wnioski. Poza jednym: to kurs kolizyjny. Maury Dann od dawna już nie wie, kim jest i od czego ucieka. Ilekroć ktoś się do tej prawdy zbliża, Maury czuje się obnażony. Atakuje. Dociera do niego, że ułuda, jaką sobie wymyślił, autorytet, który sobie zbudował, powoli się wyczerpują. Są lekiem, na który się uodpornił. Wokół nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc, zresztą on i tak nie potrafiłby o pomoc poprosić.

Ale próbuje, na swój sposób. Druzgocąca jest scena z byłą żoną. Po wcześniejszej kłótni Dann wraca do niej w środku nocy. Nie spodziewa się z nikim jej zastać, zupełnie jakby jej istnienie sprowadzało się do tej jednej chwili – bycia dla niego, gdy nagle, po latach zaniedbań i oddalenia, tego potrzebuje. Gdy w jej łóżku widzi mężczyznę, ucieka. Bezsilny i poniżony, rzuca kamieniem w okno sypialni. To ostatni triumf, na jaki stać małego człowieka: przez chwilę znów czuje, że żyje.

„Payday”, 1973. Reż. Daryl Duke. USA, 103′

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top