„Dla nas (…) film rozrywkowy, a film sensacyjny w szczególności, to sprawa wstydliwa. Nasi twórcy mają ten gatunek w pogardzie, jest to z ich punktu widzenia twórczość podrzędna i w sensie warsztatu reżyserskiego, i ambicji społecznych, nie mówiąc już o intelektualnych” – pisała w 1969 krytyczka Danuta Karcz.

Wchodzący właśnie na polskie ekrany „Jeziorak” spotkał się z ciepłym przyjęciem podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. Krytycy, nawet jeśli nie zawsze popadali w zachwyt, zgodnie pisali, że film Michała Otłowskiego stanowi udany powrót polskiego kryminału. Ale to nie do końca prawda, bo choć w „Jezioraku” polskie są realia, to już atmosfera – ciężka, senna, w pewnym sensie apokaliptyczna – została przez reżysera zapożyczona z kryminału skandynawskiego. Nie pierwszy to taki przypadek w ostatnich latach. Całkiem niedawno, bo w roku 2012, Eugeniusz Korin zrealizował „Sępa”, sięgając po estetykę hollywoodzką – przesadę, patos, ostentację. W tym samym roku Jacek Bromski przeniósł na ekran „Uwikłanie” Zygmunta Miłoszewskiego. Jemu także nie wyszło – surową powieść kryminalną rozwodnił, zmieniając płeć bohatera i miejsce akcji oraz sprowadzając zatopioną w peerelowskich koszmarach intrygę do jej potencjału spiskowego.

„Uwikłanie”, reż. Jacek Bromski

Kryminał, choć jest pojęciem niezwykle pojemnym, zawsze stwarzał rodzimym filmowcom problemy. Udane filmy tego nurtu, jakie powstały w Polsce do roku 1989, można policzyć na palcach. „Najnieznośniejszą stroną polskich filmów jest ich protokolarność. Reżyser idzie krok w krok za scenariuszem, dba głównie o to, aby zachować pragmatyczny związek zdarzeń i według tego wybiera i szereguje sceny jedna za drugą, w żadnej jednak sam się nie »puszcza«, nie wydobywa z niej osobistego uroku” – pisał przedwojenny krytyk literacki i teoretyk filmu Karol Irzykowski. I rzeczywiście, przez długie lata największą bolączką polskiego kina gatunkowego było nieumiejętne, bo bardzo dosłowne, przenoszenie słowa pisanego na ekran. Inna sprawa, że Polska nie miała wtedy jeszcze rozbudowanej „kryminalnej” tradycji. Ta rozwijała się u nas wyjątkowo ospale, a sytuację komplikował także ustrój, stale wpływający na jej kształt. Komuniści bali się kryminału. Nauka płynąca z Anglii, Francji czy Stanów Zjednoczonych, czyli państw, gdzie gatunek ten był wysoko rozwinięty, mówiła, że w dobrej opowieści tego gatunku zagadka stanowi tylko punkt wyjścia do rozważań o społeczeństwie.

W Polsce tępiono tego typu literaturę, co doprowadziło do powstania karykaturalnego, ale niezwykle popularnego podgatunku – powieści milicyjnej, jawnie przychylającej się do wielu socrealistycznych tendencji. Bohaterami takich historii byli na ogół dzielni milicjanci, zbrodnia pozostawała zbrodnią, a kara – karą, bez rozbudowanego tła i podtekstów. Kulminacją tej konwencji będzie serial „07 zgłoś się” z Bronisławem Cieślakiem w legendarnej roli porucznika Borewicza, realizowany od 1976 do 1987. Scenarzyści kolejnych odcinków swoje pomysły czerpali z dziesiątek niepowiązanych ze sobą powieści i opowiadań milicyjnych, a element propagandy (przykładowo: jeśli bohater nosił kurtkę z amerykańską flagą, był mordercą) pozostawał ich nieodzowną częścią. Jako pierwszy z tej tendencji spróbował wyzwolić się… Stanisław Bareja. W 1961 roku nakręcił „Dotknięcie nocy”, gdzie kanwą była autentyczna historia – napad na konwój bankowy, w trakcie którego zginęły cztery osoby. Bareja skorzystał z oryginalnego scenariusza, nie mając przy tym oporów przed złamaniem podstawowej, jak się wtedy wydawało, reguły dobrego kryminału: utrzymaniem tożsamości zabójcy w tajemnicy aż do samego końca. U niego sprawcę znaliśmy już od pierwszej sceny, co pozwoliło na ukazanie mechanizmu zbrodni i postawienie pewnej społecznej diagnozy.

„Dotknięcie nocy”, reż. Stanisław Bareja

Takich chlubnych wyjątków, kiedy film wychodził poza narzucony mu nawias, w całej historii gatunku było u nas stosunkowo niewiele. „Bezimienni bohaterowie” Michała Waszyńskiego z 1932, „Ostatni kurs” Jana Batorego z 1963, „Morderca zostawia ślad” Aleksandra Ścibor-Rylskiego z 1967, „Sprawa Gorgonowej” Janusza Majewskiego z 1977 czy „Wśród nocnej ciszy” Tadeusza Chmielewskiego z 1978 to nieliczne tytuły, którym udało się wyrwać z jarzma ograniczeń i opowiedzieć coś o Polsce tego okresu – brudnej, skorumpowanej, klaustrofobicznej. Film Majewskiego pozostaje najwybitniejszym w tej stawce. Prawdziwa historia gosposi oskarżonej o zabójstwo stała się dla reżysera pretekstem do silnie osadzonej w ówczesnej rzeczywistości, a jednak bardzo uniwersalnej krytyki państwa, systemu prawnego i społeczeństwa. Ale gatunkowe ruszenie skończyło się zanim na dobre się zaczęło. W latach 80. kryminał to już przede wszystkim perypetie Borewicza i jego naśladowców.

Lata spędzone pod kloszem sprawiły, że po zmianie ustroju nasi filmowcy jeszcze długo nie mieli odpowiednich narzędzi potrzebnych do opowiadania historii tego typu. Inspiracji zaczęli więc szukać we wzorcach zachodnich. W latach 1991-1992 mocno zadebiutował Władysław Pasikowski, najpierw kręcąc „Krolla”, a zaraz potem „Psy” – dwie opowieści o Polsce przełomu ustrojowego; brutalne, ciężkie, przesiąknięte cynizmem i goryczą. To pierwszy i na dobrą sprawę jedyny tak wielki sukces w przenoszeniu zachodnich wzorców na polski grunt. Korzystając z dobrodziejstw kina policyjnego i czarnego kryminału, Pasikowski stworzył własny gatunek – podwójnie melancholijny, beznduszny i szowinistyczny w wymowie; umiejscowiony w konkretnej czasoprzestrzeni, z której w kolejnych latach nigdy już nie udało mu się go ruszyć. Ale Pasikowski nie był pierwszy. Jeszcze w latach 80., a konkretnie w 1987, Jacek Bromski nakręcił „Zabij mnie glino”, udany dramat sensacyjny, jawnie zapożyczony w kinie amerykańskim. Dzisiaj ta umowność świata czy przedstawione tam urojone techniki kryminalistyczne mogą budzić uśmiech politowania, ale wtedy były przejawem nowoczesności i dowodem na to, że polska kinematografia nie pozostaje ślepa na zachodnie wzorce.

„Psy”, reż. Władysław Pasikowski

Myśl ta zresztą długo całemu gatunkowi towarzyszyła – „kopiować” oznaczało w polskich realiach tyle, co „być na czasie”. Gdy w połowie lat 90. Łukasz Zadrzyński kręcił „Billboard”, a Jarosław Żamojda „Młode wilki”, wydawało im się, że to sprawdzona recepta na sukces. Co może być trudnego w zaadoptowaniu hollywoodzkiej ikonografii, narracji, a nawet oświetlenia czy aktorskiej ekspresji do polskich warunków? Czas zweryfikował tę wizję – dziś trudno o większy przykład pustej i przeterminowanej już ostentacji, ciągnącej gatunek w ślepą uliczkę. Lata 2003-05 to z kolei moment, kiedy kryminał niespodziewanie zaczął robić karierę w telewizji. To wtedy wystartowały: „Glina”, „Pitbull”, „Oficer”, „Fala zbrodni”, „Mrok”, „Kryminalni”, „Detektywi” i „W11”; tytuły różniące się od siebie tonacją, rzemiosłem i obraną konwencją, ale mówiące bez wyjątku o tym samym – ciężkim życiu „psa”. W historii polskiej telewizji był to moment bez precedensu. Ani w latach 90., kiedy na ekranach rządziła „Ekstradycja”, ani w 70., kiedy cały kraj śledził perypetie porucznika Borewicza, gatunek ten nie był tak popularny. Wręcz przeciwnie, o czym świadczyć może choćby klęska „Policjantów” z Tadeuszem Hukiem i Radosławem Pazurą, serialu kryminalnego Polsatu, którego emisję zakończono w 1999, po zaledwie 11 odcinkach.

W przełomie, jaki nastąpił w latach 2003-05 trudno jednak doszukiwać się wielkiego fenomenu – ot, niezachwiana od dziesięcioleci popularność tego gatunku na zachodzie dotarła w końcu do Polski, a my oswoiliśmy traumę związaną z władzą, esbecją, korupcją i kontrolą. Gliniarz, dotąd nienawidzony „pies”, znów stał się pożądanym bohaterem, zaś rolę programowego wroga przejęli drobni kombinatorzy i cyniczni zbrodniarze, drenujący nasz mały kapitalizm i odbierający nam poczucie bezpieczeństwa. Paradoksalnie, doprowadziło to do wymarcia tego gatunku w polskich kinach. Nie mogąc sprostać dyktatowi banalnych, często pseudo-dokumentalnych (czyt.: tanich w realizacji) produkcji telewizyjnych, filmowy kryminał skulił się w sobie. Dziś najlepsze polskie filmy tego gatunku powstają niejako poza nim, na marginesie innego rodzaju kina, zazwyczaj niedostrzegane przez przeciętnego widza. Tak można powiedzieć chociażby o „Domu złym” i „Drogówce” Wojciecha Smarzowskiego, których osią jest przecież tradycyjna intryga kryminalna – zabójstwo i próba dojścia do trudnej prawdy.

„Drogówka”, reż. Wojciech Smarzowski

Ten najbardziej klasyczny z klasycznych wątków kryminału został powleczony przez Smarzowskiego tak wielką dozą autorskich obsesji stylistycznych i tematycznych, że nawet dla wyrobionego widza może być ciężki do wyłapania. Tymczasem kino tego typu – kryminalne w duchu, sprytnie ślizgające się po wytycznych gatunku, realizowane jest w Polsce od dłuższego czasu. „Dług” i „Plac Zbawiciela” także pod tę kategorię podpadają. Korzystając z pewnych założeń gatunku, Krzysztof i Joanna Krauzowie opowiadają o Polsce tak samo, jak robi to Smarzowski – łącząc surową obyczajowość z gatunkową nomenklaturą, a w konsekwencji wywlekając spod dywanu cały zamieciony podeń brud. Czy znajdą swoich naśladowców? Produkcje pokroju „Jezioraka”, sprawne realizatorsko i narracyjnie, z niekoniecznie oryginalnym, ale przekonującym i ważnym tłem społecznym, byłyby jakimś krokiem w tym kierunku.


Tekst ukazał się pierwotnie na łamach Onetu. 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *