Teraz czytasz
Kino polskie: Powrót na ziemię

Kino polskie: Powrót na ziemię

W jednej ze scen „Powrotu na ziemię” niespodziewanie spotykają się Stanisław Mikulski i Janusz Gajos. Hans Kloss i Janek Kos, symbole propagandy epoki, mijają się na szpitalnym korytarzu. Wrażenie jest surrealne, bo „Powrót…” również ociera się o temat wojny, jednak w cięższym i bardziej autentycznym niż „Czterej pancerni…” i „Stawka…” wydaniu.

Akcja filmu ma miejsce świeżo po okupacji. Polska żyje swoimi traumami: w radiu nadawane są komunikaty o zaginionych, wojskowi wciąż jeszcze rozminowują torowiska i mosty, dworce zaludnione są ludźmi o zatartych tożsamościach. Mężczyźni uciekają w alkohol. Kobiety czekają na mężów, ojców i braci, którzy nie wrócili z frontu lub zniknęli w okupacyjnej zawierusze. „Może znalazł gdzieś miłość i nie chciał tu wracać?” – mówi jedna z nich, wyczekująca wieści o mężu. Nie ma w tym wyrzutu, jest nadzieja: jeśli tak, przynajmniej żyje.

Gdzieś w tym wszystkim tkwi Stefan (Mikulski), chirurg prześladowany wspomnieniem żony (Ewa Krzyżewska). Razem uciekli z hitlerowskiego transportu, długo wymykali się Niemcom, w końcu, skrajnie wyczerpani i zrezygnowani, postanowili popełnić samobójstwo. Ona skoczyła do rwącej rzeki, on w ostatniej chwili stchórzył. Krzyk Wandy i odgłos jej ciała wpadającego do wody nawiedzają Stefana. Jej twarz widzi w każdej mijanej kobiecie, w każdej zwiezionej przez ambulans topielicy.

Przez chwilę wydaje się, że „Powrót…” będzie jednostkowym szkicem: obrazem człowieka zniszczonego poczuciem winy i słabości. Zmienia się to, gdy Stefan przypadkiem spotyka Wandę na ulicy. Ocalała, uratowana przez przypadkowych ludzi. Stąd opowieść zmierza w stronę rozliczenia: choć odnaleźli się po latach, są już innymi ludźmi, a prześladowani własnymi decyzjami i niewypowiedzianym żalem, nie potrafią odbudować dawnej relacji.

Ale próbują. Niezwykła jest scena, kiedy Stefan i Wanda wsiadają do pustego tramwaju stojącego na opustoszałej ulicy. Tylko oni, ostatni kochankowie we wszechświecie, w wycinku odzyskanej nagle wieczności. „Mogłoby tak być zawsze” – mówi ona pod wpływem chwili. Gdy niedługo potem obok przejeżdżają żołnierze z bombami na plandece, wyraźnie zdumieni ich widokiem, do tramwaju wracają ludzie. „Państwo tu byli cały czas?!” – nie dowierza jedna z pasażerek. „Przecież to mogło wybuchnąć”. To symboliczne podsumowanie ich relacji: pamięć o ostatniej wspólnej chwili, moście i podjętych tam decyzjach, już zawsze będzie dla nich bombą, która w każdej chwili może eksplodować.

Skonfliktowany Mikulski i Krzyżewska jako kobieta-tajemnica „robią” ten film – nadzy, wyprani z gwiazdorskiego blichtru, są stopieni ze swoimi postaciami. Dlaczego ona skoczyła? Dlaczego on tego nie zrobił? Pretensje, z których część wypowiadają na głos, inne w sobie duszą, mają do siebie samych i siebie nawzajem. W tle majaczy Polska zdławiona powojennym zaduchem, chłodna i nieprzyjazna, niepozwalająca od siebie uciec. To ostatnie podkreślają lokacje – przestrzenie miejskie w Łodzi i Warszawie, wciąż jeszcze poorane bombami, zatęchłe i odpychające, uchwycone czujnym, wiele widzącym okiem kamery Stanisława Lotha.

Dzięki tematyce i formie „Powrót…” wydaje się jedną z klasycznych opowieści rozliczeniowych swoich czasów. Tymczasem wcale za taką nie uchodzi. Dziś jest to film zapomniany, zwykle pomijany w biografiach i krytycznofilmowych omówieniach. Na Filmwebie ma 248 głosów, za pięć złotych można go kupić na DVD. Nie pisano o nim po premierze, nie pisze się o nim teraz.

Może nie trafił na swój moment? W drugiej połowie lat 60. polskie kino coraz odważniej dryfowało w kierunku repertuaru rozrywkowego, nurt szkoły polskiej (z którego „Powrót…”, w sporym uproszczeniu, się wywodzi) wyraźnie zanikał. A może po prostu nie traktuje się go serio? Za kamerą stanął Stanisław Jędryka, późniejszy magnat kina młodzieżowego („Paragon, gola”, „Wakacje z duchami”, „Podróż za jeden uśmiech”, itd.), na ogół tylko z nim – kinem z założenia lekkim, rzemieślniczym – kojarzony. Tymczasem „Powrót…” jest, podobnie jak „Dom bez okien”, debiut Jędryki z 1962, filmem bardziej złożonym: ciężkim gatunkowo, przekonującym psychologicznie, mającym określoną tożsamość.

Jest w „Powrocie…” coś autobiograficznego: Jędryka został wychowany przez, jak sam przyznaje, „dwie matki i ani jednego ojca”. Ta biologiczna porzuciła go, gdy miał sześć lat i niespodziewanie wróciła po niego po wojnie. „Zamiast cieszyć się, unikałem jej spojrzeń” – pisał po latach w „Miłościach mojego życia”. Między Stefanem i Wandą jest podobny dystans, podobny wyrzut. W ich tragicznym love story czuć analogię do konfliktu postaw w Polsce z czasów hitlerowskiej okupacji; do decyzji, nierzadko ciężkich, wynikających z realiów epoki. Stefan i Wanda, odrętwiali, przerażeni, oddaleni od siebie, są tej rzeczywistości niespokojnymi widmami.

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Filmoteki Narodowej.

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top