Teraz czytasz
Halloween: Laurie Strode, trauma i konfrontacja

Z traumą można radzić sobie na trzy sposoby” – mówiła Jamie Lee Curtis podczas jednego ze spotkań z widzami. „Uciekać przed nią, próbować się z nią zmierzyć lub dać się jej zabić”. Jej bohaterka, Laurie Strode, doświadczyła wszystkiego: po dramatycznych przeżyciach z oryginału Carpentera uciekała w „Halloween II”, stawała do walki w „H20: 20 Years Later”, ginąc w końcu w „Halloween: Resurrection”.

Psychopata z nożem stał się jej nemezis, niepowstrzymaną siłą, gotową dopaść ją gdziekolwiek pójdzie, cokolwiek zrobi. Ale gdy Michael rósł w siłę, stając się popkulturową ikoną, meta-zabójcą, uosabiającym szereg gatunkowych fiksacji, jej rola traciła na znaczeniu. Żegnając się z serią, była karykaturą: zaszczutą pacjentką psychiatryka, żyjącą z piętnem zabójczyni. Gdy ginie z ręki Michaela, wydaje się to miłosierne: Laurie zostaje uwolniona ze swojego koszmaru, wyzwolona od presji ciągłego powstrzymywania Myersa. Ale to egzekucja. Strode, niespełniona, pokonana, ląduje w krzakach, jak zużyta lalka.

Laurie z oryginalnego „Halloween”, wycofana, bystra i czuła, z reprodukcją Ensora na ścianie pokoju, puchowym sercem w jego kącie i myślami uciekającymi w tylko jej znanym kierunku, była wiarygodna. Była raczej ofiarą niż heroiną, bardziej bohaterką dramatu niż horroru: miała dość samozaparcia, by przetrwać, ale nie dość siły, by zabić swojego oprawcę. Gdy na końcu, zmaltretowana i bezsilna, uratowana przez dr Loomisa, zanosi się szlochem, trauma, jakiej doświadczyła, staje się żywa. Wieńcząca film zlepka statycznych ujęć potęguje ten stan: oglądamy kolejne miejsca skażone obecnością Myersa, ale równie dobrze mógłby to być pokaz slajdów z głowy Laurie. Wydarzenia tej nocy odcisną się w niej na zawsze, zostawiając ją w zawieszeniu, bez poczucia zwieńczenia.

Wracając do niej po 40 latach, skreślając wszystko, co wydarzyło się w międzyczasie, widzimy Laurie jako wiedźmę z piernikowej chatki, czekającą na Michaela z otwartym piekarnikiem. Jej trauma ją pożarła, zmieniła. Zamiast poduszki-serca i Ensora – strzelba i manekiny, w miejsce dawnej otwartości – trzy zamki i zasuwa. David Gordon Green, jeśli nie kręci komedii, specjalizuje się w opowiadaniu o zadawnionych urazach i potrzebie samokonfrontacji („Undertow”, „Manglehorn”, „Joe”). Laurie, żyjąca pod dyktando lęku, z którym nie dano jej się zmierzyć, idealnie wpisuje się w jego portfolio. Sięgając po nią, domykając koło zdarzeń, Green oddaje gatunkowi młodość i poświadcza jego dogłębne zrozumienie. I choć technicznie jest to slasher, jego puenta zaskakuje: zabójca jest tu potrzebny tylko jako katharsis.

Powrót do Laurie Strode i potraktowanie jej jak pełnowartościowej postaci jest największym hołdem, jaki można było złożyć oryginałowi Carpentera. U Davida Gordona Greena jej trauma zyskuje domknięcie, a konfrontacja z nią ma przekonującą podbudowę psychologiczną. To raczej niespotykane: bohaterką tego slashera jest a) 60-letnia kobieta, której b) nikt nie spycha w kąt. Strode nie jest objazdową atrakcją ani pustym nawiązaniem, a postaci córki i wnuczki, choć są łącznikiem z młodą publiką, nie odbierają Laurie jej historii, jej filmu: są dla niej uzupełnieniem, świadcząc o tym, kim się stała i pokazując, jak do tego doszło.

Slashery, zwłaszcza te seryjne, zwykle nie pochylają się nad swoimi heroinami. To zabójcy są gwiazdami, a rytuał mordu, jakiemu się oddają – wartością samą w sobie. Traumatyzowane przez nich młode kobiety pełnią często rolę mebla, który można przestawić lub, po prostu, wyrzucić. Trend zaczął się gdzieś w okolicach „Friday the 13th Part 2”, gdzie Alice, która przeżyła masakrę z pierwowzoru, ginęła jeszcze przed planszą tytułową. Dziś gatunek wybrukowany jest postaciami kobiet, których przetrwanie jest niekompletne, a towarzyszące temu umocnienie – deklaratywne i niespełnione. Zabicie oprawcy przynosi ulgę na chwilę, ale mało kogo interesuje, co dzieje się później. Jeden Wes Craven próbował drążyć temat. Sidney, bohaterka „Scream”, pozostaje jedną z najbardziej niezwykłych w gatunku: z odcinka na odcinek, z dekady na dekadę, obserwowaliśmy, jak niekończąca się spirala przemocy, także tej psychicznej, oddziałuje na jej życie, odbierając jej szansę na normalność.

Nowe „Halloween” idzie o krok dalej. Z urazu psychicznego czyni filar historii, a swojej bohaterki nie traktuje jak królika podpiętego do prądu. Łatwo byłoby zrobić ze Strode szaloną babcię, paranoidalne czupiradło, postać trzeciego planu, której śmierć dawałaby podwaliny pod nowy ład i podbijała stawkę spektaklu. Nic nowego, robiono to już wielokrotnie. U Greena jest inaczej. Laurie, ze swoimi siwymi włosami, zmarszczkami i zgaszonym spojrzeniem, jest tak odległa od postaci-wytrychu, jak to możliwe. Jest prawdziwa. Łatwo zobaczyć w niej ofiarę przemocy domowej, żonę, która uciekła od bijącego ją męża, kobietę żyjącą ze wspomnieniem gwałtu.

Dla nich wszystkich, dla samej bohaterki, film ten staje się rodzajem terapii. Nie celebruje odwetu, a konfrontację, nie mówi o zemście, a o przejmowaniu kontroli. Green wywraca mitologię serii. Myers, człowiek w masce o umownych rysach, w napisach końcowych nazwany Kształtem, staje się ucieleśnieniem traumy. Ale fatalizm, który zwykle w sobie niósł, nie znajduje tu zastosowania: stając mu naprzeciw, będąc gotową na to spotkanie, Laurie pozbawia go mocy.

„Halloween”, 2018; dystrybucja DVD/Blu-ray w Polsce: Filmostrada, 2019

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top