Teraz czytasz
Captain Marvel jako kino emancypacji

Filmowa „Wonder Woman” była raczej męską fantazją na temat emancypacji niż jej przejawem jako takim: smukłą dziewicą w stalowym gorsecie, która może i skopie ci dupę, ale już przez życie trzeba ją prowadzić za rękę. Znamienne, jak często pisano o niej: „urocza”, „piękna”, „zabawna”, nie odnajdując innych godnych uwagi cech. Jej empatię poczytywano za słabość, a niewinność zrównywano z naiwnością. Diana była przybyszką z obcego świata i tak zwykle ją traktowano: jako boski, umowny konstrukt.

Historia Carol Danvers ma podobny punkt wyjścia – zstąpienie na obcy, wrogi teren, w którym będzie musiała się odnaleźć. Ale w odróżnieniu od Diany, Carol wywodzi się z naszego świata i zna panujące w nim zasady: jak każda kobieta, na starcie dostała pakiet wyzwań i oczekiwań, którym powinna sprostać, by w oczach ogółu kobietą pozostać. Carol wie już to, czego Diana dopiero będzie musiała się nauczyć, dlatego ich historie szybko się rozjeżdżają: „Wonder Woman” była deklaracją siły, „Captain…” mówi o potrzebie samostanowienia.

Diana była dzikuską, nieświadomą zagrożeń ze strony mężczyzn. Weźmy pierwszą lepszą sytuację: gdy przypadkowi żołnierze zaczepiają ją na ulicy („Cześć, kochanie!”), poczytuje to za uprzejmość i odpowiada uśmiechem. Jest czysta od naleciałości naszego świata: seksizmu, uprzedzeń i protekcjonalizmu. To pojęcia dla niej abstrakcyjne, więc walczy z nimi w jedyny znany sobie sposób – serdecznością i brakiem urazy. Carol jest inna. W scenie „wyciągania” wspomnień widzimy, jak wspina się po linie, gdy koledzy na dole rechoczą. To dobra miniatura reszty jej życia, płynącego pod dyktando mężczyzn mówiących jej czego nie może i co powinna. „Nigdy nie pozwolą ci być pilotem”, „Jesteś zbyt emocjonalna”, „Nie powinno cię tu być” – przebija się z montażowej sklejki. Danvers jest ponad to: każda porażka jest dla niej lekcją, każdy upadek wzmaga jej determinację.

Łatwo zrozumieć, dlaczego mężczyzna niepewny swojej męskości postrzega „Captain Marvel” jako zagrożenie. W ogóle nie jest tu potrzebny. Bohaterka nie wdzięczy się do niego i nie oczekuje jego akceptacji, a jej kobiecość nie domaga się ani atencji, ani ewaluacji. Nosi zbroję albo wygnieciony t-shirt i jeansy, zaczepiona – nie reaguje, a swój odzyskany żywot rozpoczyna od (przypadkowego!) zburzenia pomnika maczyzmu: reklamowy stand z Arnoldem z „True Lies” zostaje potraktowany wiązką energii.

Motyw dekonstruowania męskiego porządku powraca w kolejnych scenach, ale nie ma w tym zapalczywości. Choć Danvers jest produktem świata, w którym uraza staje się paliwem, a serdeczność niczego nie rozwiązuje, nie nienawidzi mężczyzn. Po prostu nie uznaje ich autorytetu. Ładnie mówi o tym antykonfrontacyjny finał. „Udowodnij mi…” – domaga się przeciwnik. Carol, jeśli miała coś do udowodnienia, to tylko sobie.

„Captain Marvel”, 2019; reż. Anna Boden, Ryan Fleck. USA, 123′

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top