Za sprawą „Prison Break: Sequel” Wentworth Miller powraca do roli, która przyniosła mu wielką popularność. Z aktorem rozmawiam o powracającym w jego dorobku motywie niewoli, scenopisarskich ambicjach i trudzie funkcjonowania w branży na własnych zasadach.

 
JA: Brakowało ci Michaela Scofielda?

WENTWORTH MILLER: Bardzo! Odkąd skończyliśmy kręcenie „Prison Break” w 2008, wielokrotnie wracałem do niego myślami. Mam słabość do tej postaci, ale tęskniłem także za atmosferą na planie. Przez cztery lata wytworzyła się tam silna społeczność, swego rodzaju rodzina.

Wygląda na to, że podpasowała ci też więzienna estetyka. W swoich późniejszych rolach parokrotnie – świadomie lub nie – do niej nawiązujesz.

Co masz na myśli?

Weźmy „Resident Evil: Afterlife”. To twoja pierwsza rola po zakończeniu emisji serialu. W pierwszej scenie, w jakiej widzimy twoją postać, siedzisz w celi, odgrodzony od świata szybą z pleksiglasu.

(śmiech) Tak, kiedy czytałem scenariusz, bardzo mnie to rozbawiło. Pomyślałem, że fani „Prison Break” natychmiast dostrzegą tę aluzję. To także nawiązanie do „Milczenia owiec” – Anthony Hopkins siedzi w podobnej celi! Ale zaraz, to tylko jeden przykład.

W „Resident Evil: Afterlife”

Jest więcej. Niewola, uwiezięnie to wręcz lejtmotyw twojej filmografii. W thrillerze „Loft” jesteś przesłuchiwany przez policję, widzimy cię przez kraty. W jednym z odcinków „Flasha”, gdzie grasz przeciwnika tytułowego bohatera, zostajesz schwytany i zakuty w kajdanki. W krótkometrażówce „The Confession” grasz więźnia.

Jezu, widziałeś to?

Jest na YouTube.

Straszny staroć. Nakręciliśmy to na miesiąc przed zdjęciami do pierwszego odcinka „Prison Break”.

Omen?

(śmiech) Nigdy nie sądziłem, że zagram tylu kryminalistów. A z pewnością nie jest to zasada, jaką się kieruję, dobierając kolejne role. Ale wierzę, że gram te postaci, które są mi pisane. Widocznie wszechświat właśnie to dla mnie upichcił.

Jesteś utożsamiany z „Prison Break”, ale ostatnio coraz śmielej poczynasz sobie jako Leonard Snart vel Captain Cold we „Flashu” i „Legends of Tomorrow”.

Byłem bardzo szczęśliwy, że mogłem zagrać łotra po tylu latach wcielania się w dobrego gościa. Jest coś wyjątkowego w zgłębianiu postaci, które mają jakąś skazę, są złamane. Mówienie i robienie wszystkich tych rzeczy, których nie zrobiłoby się w prawdziwym życu, daje pokrętną satysfakcję i pozwala bezkarnie eksplorować ciemną stronę własnej osobowości. To dla mnie nowe doświadczenie także pod względem rozmachu. „Prison Break” było samodzielną marką, tymczasem „Flash” i „Legends of Tomorrow” są częścią wielkiego uniwersum komiksowego DC. Nakłada to na mnie nowe, często zaskakujące obowiązki – nie tylko muszę uczestniczyć w dodatkowej promocji, ale też rozumieć swoją postać przez pryzmat wszechświata, w którym funkcjonują Batman, Superman czy Wonder Woman.

We „Flashu” jako Captain Cold

Jak się w tym odnajdujesz?

Tak sobie. Gdy dorastałem, nie czytałem komiksów. Moi rodzice stawiali na szkołę, czytałem głównie podręczniki i lektury. Sama idea komiksowego uniwersum ma więc dla mnie poślednie znaczenie. Skupiam się na swojej postaci. Wolę wyjrzeć poza medium i dostrzegać w Leonardzie faceta, który ma ludzką, autentyczą stronę. Co więcej, uważam, że takie podejście jest kluczowe dla powodzenia estetyki, którą nazywamy komiksową. Akcja i efekty specjalne to tylko część show. To reliastycznie naszkicowani i odpowiednio odegrani bohaterowie oraz dylematy, z którymi widzowie mogą się indentyfikować, nadają całości siły i emocjoanlengo ciężaru.

Z telewizją jesteś silnie związany. Ale początek musiał być ciężki.

Chodziłem na mnóstwo przesłuchań. I już na początku wiedziałem, że mam problem: nie jestem młodym Tomem Hanksem czy Denzelem Washingtonem, nie mam tej charyzmy, magnetyzmu, którym łatwo oczaruję reżyserów castingu. Długo męczyłem się, szukając dla siebie niszy, aż w końcu zrozumiałem, że za bardzo mi zależy. Że gram pod dyktando agentów i castingowców. Wtedy nastąpił zwrot: gdy w pierwszej kolejności starałem się spełnić swoje artystyczne ambicje, gdy przestało mi zależeć, by usłyszeć „tak”, w końcu zacząłem je słyszeć.

A jak było z angażem do „Prison Break”?

Byłem ostatnią osobą, którą przesłuchano do tej roli. Widziałem tu coś dla siebie: rozumiałem bohatera, a jego mieszanina odwagi, arogancji i niewinności wydała mi się bardzo pociągająca. Kiedy pojawiłem się na przesłuchaniu, a był to ostatni etap rekrutacji do tej roli, na sali siedziało wielu bonzów z Foxa. Zestresowałem się, bo to do nich należał ostatni głos. Ale natychmiast rozpoznałem kilku z nich. Wcześniej przez wiele lat byłem stażystą – nosiłem kawę i odbierałem telefony, także dla niektórych z tych ludzi. Nigdy bliżej ich nie poznałem, ale przez lata dość dobrze poznałem ich nawyki i przyzwyczajenia, widziałem w nich przede wszystkim ludzi, nie studyjnych decydentów. To pomogło: zrozumiałem, że też się denerwują, bo na tydzień przed rozpoczęciem zdjęć wciąż mają do obsadzenia rolę, od której zależy powodzenie serialu. Jechaliśmy na tym samym wózku.

Serial przyniósł ci nagłą, olbrzymią popularność. Ta przez lata nie zmalała.

Początkowo tylko połowicznie mnie to cieszyło. Jestem raczej zamkniętym w sobie, pozostającym na uboczu gościem, który nie zawsze ma ochotę rozdawać autografy czy pozować do dziesiątek zdjęć. Ale mam świadomość, że moja profesja wiąże się z pewnymi zobowiązaniami. Gdy przypadkiem wpada na mnie fan, nie zbywam go. Wiem, że to prawdopodobnie jedyny raz w jego lub jej życiu, kiedy może spotkać mnie na żywo.

Na premierze „Resident Evil: Afterlife”

Skoro już mówimy o pozostawaniu na uboczu: w ostatnich latach skupiałeś się raczej na pisaniu scenariuszy, niż graniu.

Tak, wydało mi się to dobrą i kreatywną odskocznią od zgiełku wokół „Prison Break”. Przez cały czas kręcenia serialu funkcjonowałem między planem zdjęciowym a konferencjami prasowymi, między spotkaniami z producentami i dyrektorami a niezliczonymi wywiadami. Zacząłem pisać krótko po roli w „Resident Evil”. Długo nie uważałem się za scenarzystę. Ale miałem, jak mi się wydawało, ciekawe pomysły i próbowałem zainteresować nimi innych scenarzystów. Żaden nie chciał się podjąć napisania czegoś na tej podstawie. Pewnego dnia usiadłem więc przy biurku, zacząłem pisać i po miesiącu scenariusz „Stokera” był gotowy.

Łatwo było ci go sprzedać?

I tak, i nie. Sporo się nachodziłem. Ale udało mi się go sprzedać w pół roku, a kolejny rok później zaczęły się zdjęcia. Z tego co mi mówiono, to rzadko spotykane.

Napisałeś i sprzedałeś go pod pseudonimem.

Tak. Wiedziałem, że po „Prison Break” przylgnęła do mnie pewna łatka. Nie chciałem, by osobie czytającej przysłaniało to historię.

Twój scenariusz skończył prestiżowo. Za kamerą Park Chan-wook, autor „Oldboya”, przed – Nicole Kidman. Byłeś zadowolony z końcowego efektu?

Podobał mi się, ale kilka rzeczy zmieniono. Początkowo mnie to rozzłościło, uważałem, że to zamach na moją artystyczną swobodę. Ale potem spojrzałem na to szerzej – wiedziałem, że reżyser także miał swoją wizję, podobnie aktorzy. Osobiście bardzo cenię Chan-wooka, uwielbiam jego trylogię zemsty. Ma niesamowitą wyobraźnię i zmysł plastyczny. Dzisiaj patrzę na „Stokera” przez pryzmat fuzji naszych odrębnych, uwarunkowanych kulturowo wizji. I jestem zadowolony.

„Stoker”, reż. Park Chan-wook

Napisałeś też prequel tej historii.

Tak, nosi tytuł „Uncle Charlie”. Na tym etapie nie chcę zbyt wiele mówić, wciąż trwają negocjacje ze studiem.

Tymczasem swoją amerykańską premierę miał thriller „The Disappointments Room”, także według twojego scenariusza. Recenzje są jednak zdecydowanie mniej pochlebne.

Cóż, mogę tylko mieć nadzieję, że to reżyser coś sknocił, nie ja. (śmiech) A bardziej serio, to oczywiście boli. Ale podobnie jak w przypadku „Stokera”, poczyniono szereg zmian w moim tekście, na co nie miałem wpływu. Bycie hollywoodzkim scenarzystą jest dość niewdzięczne – nikt poza wybranymi członkami ekipy filmowej tak naprawdę nie wie, ile zmian w tekście wprowadzono w trakcie realizacji. Potem czytasz: „o jezu, jakie okropne zakończenie!”, a tymczasem sam napisałeś zupełnie inne.

Tak sobie teraz myślę o tych dwóch napisanych przez ciebie historiach… Upiorne domy, podejrzane strychy, ograniczona przestrzeń. Dostrzegam tu znajomy motyw… niewoli, choć tu widzianej bardziej symbolicznie.

O nie, faktycznie! (śmiech)

Spójrzmy prawdzie w oczy: więzienie ci służy!

(śmiech)


Tekst ukazał się pierwotnie na łamach Playboya

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *