Teraz czytasz
Bodycount

Bodycount

Simon Bisley jest facetem, który najpierw strzela, potem zadaje pytania, a wtedy strzela jeszcze kilka razy, tak na wszelki wypadek. „Bodycount” zaczyna się więc 24-stronicowym mordobiciem i dopiero wówczas ktoś pyta: „O co tu właściwie chodzi?”. Szczęśliwie, nikt nie sili się tu na odpowiedzi.

Kevin Eastman, twórca Turtlesów, rozumie Bisleya jak rzadko który scenarzysta. Jego fabułka z postaciami zaciągniętymi z żółwiego uniwersum stanowi pretekst, by stary kumpel mógł poszaleć. A Bisley, tu krótko po flircie z Lobo i statuetce Eisnera za „Judgment on Gotham”, jest w formie: jego świat raz wtóry staje się sterydową dystopią, z bicepsami będącymi radioaktywną naroślą i biustami wielkości kul do kręgli, ze spluwami, w których nie kończą się naboje i gałkami wypadającymi z oczodołów przy byle okazji.

Żółwie Eastmana nigdy nie były tak radykalne, ale dziś, gdy jako marka są nieodłączną, wypraną do białości częścią mainstreamu, powrót do teatru Bisleyowskiego zwyrolstwa jest jak zbawienie. Przemoc jest tu, oczywiście, dominującą walutą, ale to wciąż Turtlesy: gdzieś spomiędzy fontann posoki i stert rozpłatanych korpusów wyłania się stary Eastmanowski lejtmotyw: lojalności ponad wszystko. Kumpelska energia Rapha i Caseya napędza i, do pewnego stopnia, usprawiedliwia tę rozpierduchę, a reakcja Rapha, gdy Caseya dosięga pocisk, pomimo humorystycznego przerysowania, jest też najczulszą sceną w komiksie.

„Bodycount”, 1996; polskie wydanie: Non Stop Comics, 2019

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top