Teraz czytasz
Beach Red jako inspiracja dla Spielberga i Malicka

Jak na film celujący w realizm, „Beach…”, zapomniany epizod z wojny na Pacyfiku, nie dorasta do jego dzisiejszego wyobrażenia – bywa teatralny, nieporadny aktorsko i pozbawiony tempa, do jakiego przywykliśmy. Ale jego wartość kinofilska jest nie do ocenienia: jako autorski, głęboko pacyfistyczny spektakl, wyróżnia się na tle widowisk epoki i stanowi zapowiedź wojennych klasyków schyłku milenium – „Saving Private Ryan” i „Thin Red Line”. Inspiracje, choć nic ich oficjalnie nie potwierdza, są oczywiste.

Spielberg bierze stąd rzeczony realizm: jego żołnierze lądują na plaży w Normandii tak, jak tutaj – w napięciu i chaosie, wprost pod lufy dział i erkaemów. Rozmach sekwencji otwierającej w „Beach…” robi wrażenie: nie szczędzono statystów i pirotechniki, w dużym stopniu zrezygnowano ze stockowych ujęć dokumentalnych. To długa scena, rzadko zwalniająca tempo, rzadko przetykana dialogami. Nie ma tu miejsca na bohaterstwo – są tylko znój i przetrwanie. Ujęcie żołnierza z oderwaną ręką przywodzi na myśl analogiczne z filmu Spielberga. Podobnych jest kilka rozwiązań formalnych – np. szok bitewny, tu pokazany za pomocą rozmytego obrazu, u Spielberga będzie przeciągłym świstem rodzącym się z ciszy.

Malicka uwiodły liryzm i melancholia: „Beach…” polega na nich w tym samym stopniu, co na realizmie. Zapowiada to już czołówka: nazwiska ekipy oglądamy na tle akwarelowych malowideł (z których ostatnie przechodzi w „żywy” kadr!), do folkowej ballady w wykonaniu Jean Wallace. Ważną częścią filmu – jak później w „Thin…” – są wewnętrzne monologi i retrospekcje; te pierwsze przyjmują kształt wypowiedzianych na głos myśli, te drugie ukazano za pomocą statycznych kadrów.

Podobne jest skupienie na detalu: w „Beach…” czasem jest to ujęcie motyla schwytanego w pajęczą sieć, kiedy indziej zbliżenie na zdjęcie ukochanej. Martwa natura jest tu stale obecna, świadkując kolejnym dramatycznym wydarzeniom. Swoje robi perspektywa: choć narracja jest po stronie Amerykanów, to wróg zostaje ukazany jako im równy. Japońscy wojacy mają swoje emocje, wspomnienia, żale. Ofiary są po obu stronach. Nikt nie mówi tego wprost, ale oczywistym wydaje się, że „Beach…”, oddolny projekt Cornela Wilde’a, aktora z lewicowymi poglądami politycznymi i wyraźnymi ciągotami reżyserskimi (był, w uproszczeniu, George’em Clooneyem swoich czasów), jest reakcją na Wietnam.

To naprawdę coś: wtedy, w 1967, wojna wkroczyła w decydujące stadium, a opanowane przez konserwatystów Hollywood nie interesowało się jej potępieniem. Czasy nie sprzyjały lewicowym deklaracjom. Gdy rok później powstanie pierwszy Hollywoodzki film poświęcony Wietnamowi – „The Green Berets” Johna Wayne’a – będzie ślepo patriotyczny w wymowie. Tymczasem Wilde wyprzedza epokę, kręcąc film, którego ton typowy jest raczej dla schyłku kolejnej dekady.

„Beach Red”, 1967. Reż. Cornel Wilde. USA, 105′

Pokaż komentarze (0)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany

© 2019 POP GLITCH. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Scroll To Top